Melbourne, 25 maja 2015
Pragnę podzielić się z braćmi i siostrami tym, co jeszcze pozostało w mojej pamięci.
Wiele skorzystałem z przeczytanych wspomnień naszych drogich braci i sióstr, których życie nie było łatwe, ale ich świadectwa wzmocniły wiarę wielu i również wzmacniają moją wiarę, gdy widzę, że Pan Bóg nikogo nie opuścił, kto ufa i prosi o pomoc.
Moje młode lata i całe życie również składało się z różnych trudności i doświadczeń. O jakże dziękuję mojemu kochanemu Panu i najdroższemu Ojcu Niebieskiemu za opiekę i ochronę na drodze mego poświęcenia, zdając sobie sprawę, że w życiu ludu Bożego nic nie dzieje się z przypadku.
Urodziłem się 5 stycznia 1926 roku w Trzebionce koło Trzebini, w przemysłowym okręgu śląskim w niezamożnej rodzinie. W odległym o 6 km od naszego domu Chrzanowie pełną parą pracowała pierwsza w Polsce fabryka lokomotyw. Następnie w Trzebini, w odległości 1,5 km od nas, rafineria produkowała benzynę, naftę, parafinę, asfalt i różne oleje. Niedaleko znajdowała się również elektrownia, kopalnie węgla: „Artur”, „Zbyszek” i „Matylda”, cementownia, huta cynków i stali oraz fabryka dachówek.
Pamiętam, że w naszym domu na święta narodzenia Zbawiciela oraz na Wielkanoc atmosfera była bardzo pobożna. Mama pilnowała, żebyśmy na każdą okazję szli z siostrą do kościoła. Budziła siostrę o dwa lata młodszą ode mnie, aby na dwunastą w nocy szła na pasterkę. Święta narodzenia naszego Pana były zawsze radosne, a przed świętami wielkanocnymi atmosfera stawała się znacznie poważniejsza, a nawet smutna. Mama śpiewała o męce Pańskiej i co jakiś czas płakała. Ja szybko nauczyłem się tej pieśni i śpiewając z mamą, też płakałem, gdyż wpływało to na mnie kojąco. Pewnego razu ciocia, mamy siostra, namówiła mamę, aby mi kupiła skrzypce, gdyż jej syn, a mój kuzyn chętnie nauczy mnie grać. Chodziłem 4 lata do Myślachowic do tego kuzyna na naukę, która potem zaowocowała. W tym czasie ksiądz o nazwisku Para z pobliskiego kościoła słynął z ładnych kazań, które wielu ludziom trafiały do serca. Słuchając jego przemówień, wielu parafian rozrzewniało się, a ja razem z nimi, bo człowiek ten mówił pięknie i przekonująco, a jego kazania miały podstawy Słowa Bożego, z którego zawsze cytował jakieś fragmenty. Ale to uświadomiłem sobie dopiero po latach, kiedy już sam czytałem Pismo Święte. Pewnego razu, kiedy czekałem na lekcję nauki u mojego kuzyna, zauważyłem, że u nich na stole leży czarna gruba księga oznaczona na okładce złotym krzyżem. Bardzo mnie to zaciekawiło i zapytałem ciocię, co to za księga. Ciocia odpowiedziała mi: Przeczytaj ją, to się dowiesz, bo nasz ksiądz nie mówi nam, co to za księga, wiem tylko, że nosi nazwę Pismo Święte. Wtedy zapytałem, czy mógłbym ją wypożyczyć, lecz odrzekła, że one właśnie teraz czyta swojej rodzinie, lecz powiedziała, że można kupić takie Pismo Św. za 2 złote i 50 groszy. Jako jeszcze dziecko, miałem uskładane w metalowej puszce (skarbonce) około dwa złote, bo jak jeździł lodziarz, to brałem 10 groszy, aby czasem zjeść loda, ale od czasu, kiedy moim marzeniem i planem stało się nabycie Pisma Świętego, to gdy słyszałem trąbkę przejeżdżającego lodziarza, postanowiłem w tym czasie oddalać się od domu, aby uniknąć pokusy. Brakowało mi półzłotówki do nabycia mojej własnej Biblii. Uprosiłem więc mamę, która dołożyła mi brakujące grosze i poszliśmy z ciocią do siostry Kaletowej, aby kupić Pismo Święte. To był rok 1937 lub 38. Teraz już byłem szczęśliwy, czytając Nowy Testament, bo dowiadywałem się wielu rzeczy, o których przedtem nigdy nie słyszałem – o pięknych naukach Pana Jezusa i apostołów. W szkole raz w tygodniu mieliśmy lekcje religii i zawsze otrzymywałem na świadectwie stopień bardzo dobry. Pewnego razu, podczas święta narodowego, wszystkie okoliczne szkoły poszły na pola miechowskie, było tam dużo wojska, artylerii, karabinów maszynowych, a także lotnictwo, dwupłatowce. Odbyła się tam również msza polowa – biskup z Krakowa błogosławiąc, kropił wodą święconą, wojsko, armaty i cały sprzęt wojenny. Ponieważ czytałem Pismo Święte, wiedziałem, że szóste przykazanie wyraźnie mówi: Nie zabijaj, dlatego ten pokaz w czasie święta narodowego bardzo mi się nie podobał. Na następnej lekcji religii ksiądz nas zapytał: Podobał wam się ten pokaz na polach miechowskich? – Wszyscy odpowiadali, tak! Bardzo! Wtedy ja podniosłem rękę do góry i powiedziałem, że mam pytanie. Jakie, Lesiu? – spytał ksiądz. – Bo Pan Jezus w Piśmie Św. poucza, że nie tylko nie wolno zabijać, ale nakazuje miłować nawet nieprzyjaciół. A my, katolicy, z katolikami niemieckimi, litewskimi i czeskimi bijemy się i zabijamy jeden drugiego. Niech mi ksiądz wybaczy, ale ja nie mogę zrozumieć, jak można kropić święconą wodą i błogosławić wojsko oraz przedmioty zbrodni, które mają zabijać naszych bliźnich o tych samych przekonaniach religijnych? Ksiądz był zdezorientowany; wyraźnie nie spodziewał się takiego pytania, podszedł do mnie, a ja stanąłem obok ławki. Wtedy przytulił mnie do siebie i powiedział: Lesiu, jesteś za młody, aby to zrozumieć, a ja ci tego nie wytłumaczę, lecz jak dorośniesz, to zrozumiesz.
Ciągle dobrze pamiętam wiele szczegółów z tych dawnych czasów, a obecnie, po przeczytaniu wersetu „Manny” szybko zapominam jej treści. Taki to jest ten niedoskonały człowiek.
W szkole, do której chodziłem, uczyły się również dzieci braterstwa Maliszewskich, Janek i Zosia. Bardzo ich lubiłem, gdyż wyróżniali się swoim grzecznym zachowaniem. Ale chłopcy ich nie lubili, a dziewczynki stroniły od nich. Często chłopcy znęcali się nad nimi i w końcu przyszedł dzień krytyczny: Zosia miała długie warkocze i jeden chłopiec z naszej szóstej klasy złapał za Zosi warkocze, kopał ją i wołał jak do konia. Wtedy już nie wytrzymałem, doszedłem do niego i mówię: Zostaw ją w spokoju, a on odwrócił się i szybko wymierzył mi mocny policzek. W tej szamotaninie podbiłem mu oko. Potem tego żałowałem i przeprosiłem go. Sprawa jednak trafiła do kierownika szkoły, ale ponieważ dziewczynki były za mną, to mnie uratowało, że na świadectwie nie obniżono mi stopnia ze sprawowanie. Od tego czasu Janek i Zosia Maliszewscy mieli spokój w szkole. To były moje pierwsze kroki do Prawdy. Zaprosili mnie na pierwszą niedzielną szkółkę do Chrzanowa, na Kąty. Tam zobaczyłem inny świat; dzieci grzeczne, uprzejme, żadne nieprzyzwoite słowo nie wychodziło z ich ust, nabożny śpiew i jakże wymowne modlitwy. Tę szkółkę prowadził brat Mikołaj Grudzień, który rozpalił jeszcze bardziej moją pierwszą miłość do Stwórcy, do Pana Jezusa oraz do Pisma Świętego.
Pamiętam, że posadzili mnie w pierwszej ławce, w której siedzieli również kochani bracia: Henryk Kamiński, Henryk Grudzień, Stanisław Grudzień i Stefan Grudzień. Do czasu wybuchu wojny byłem na szkółce tylko trzy razy. Później otrzymałem od brata Maliszewskiego Tomy; czytając je, sprawdzałem każdą stronę z Biblią, czy tak się rzeczy mają. Po jakimś czasie czytałem te Tomy po raz drugi, a potem trzeci. Trwała wojna. Przestałem chodzić do kościoła. Tata był obojętny na sprawy religijne, ale mama w domu stwarzała napiętą atmosferę, nie chcąc dopuścić nawet myśli, aby jej syn odszedł od wiary Kościoła katolickiego. Gdybym wiedziała, że ta Biblia zrobi taki zamęt w twojej głowie, to bym ci nie dodała nawet jednego grosza na twoją Biblię– mówiła. Był rok 1942. Jednego dnia idę do księdza na plebanię, aby się wypisać z Kościoła katolickiego, o czym w domu nikomu nie wspomniałem. Ksiądz proboszcz wiedział już, co mi się nie podoba w Kościele katolickim, a mimo to zadał mi pytanie: A co ci się nie podoba w naszym Kościele? – Dużo rzeczy, odpowiedziałem. Jakie? – Proszę księdza, przecież dużo parafian dookoła wie o niemoralnym zachowaniu się księdza proboszcza, a nauki, którymi karmicie nas, to nie są nauki Chrystusowe ani biblijne. Ksiądz proboszcz siedział wtedy przy swoim biurku i miał otwartą grubą księgę oraz jakieś dokumenty rozłożone na pulpicie, a koło nich stał otwarty kałamarz i pióro. Kiedy usłyszał z moich ust o swojej niemoralności, potrącił ręką kałamarz, który rozlewając się zalał księgę i wszystkie rozłożone tam dokumenty. A w domu mama daje mi do wyboru: Albo będziesz chodził do kościoła, albo wyjdziesz z naszego domu. Wybrałem to drugie. Mama spakowała mi do kartonowego pudełka parę butów, spodnie i dała piętkę chleba na drogę. Była wtedy zima, czas wojenny, pomyślałem: Pójdę na stację kolejową w Trzebini i może tam przenocuję, a rano pójdę do Chrzanowa, do urzędu pracy i poproszę, aby mnie wysłali do Niemiec. Szczęście, że tata rozpoczynał pracę o 22.00, a kończyło 6 rano. Dowiedział się od mamy o moim opuszczeniu domu i poszedł mnie szukać po okolicy, wołając: Leszek, wracaj do domu! Przyszliśmy razem z tatą do domu i tata zapytał mamę: Co chcesz od tego chłopaka? Rozbieraj się, Leszek i wchodź do łóżka.
Nadszedł dzień mojej decyzji; umówiliśmy się z bratem Maliszewskim, że w łazience fabrycznej udzieli mi chrztu. Było tam dziesięć kabin, on wybrał kabinę z nr 7, w której do wanny nalał już wodę. W kabinie było ciepło, ale woda była lodowata, bo to była zima. Brat Maliszewski powiada, że w południowym oceanie, gdzie są ciepłe wody, pływają leniwe ryby i ledwo się ruszają, natomiast na północy, w zimnych wodach, są stale w ruchu. Ty musisz być gorliwym chrześcijaninem, nie śpiącym, więc natychmiast go zrozumiałem i wszedłem do wody, a po wyjściu ani razu nie kichnąłem. Podziękowałem bratu Maliszewskiemu za usługę i wracając do domu, na torach kolejowych rozstaliśmy się. Tego dnia nigdy nie zapomnę; idąc w stronę domu, śpiewałem pieśni i modliłem się na głos, dziękując Panu Bogu, że pozwolił mi wejść na drogę za Jezusem i prosząc Go również o dalszą opiekę w tej cudnej wędrówce za wodzem naszego zbawienia.
Przyszedł z kolei dzień, że zaciągnęli mnie do służby przeciwpożarowej, dali mundur strażacki i raz w tygodniu chodziłem na naukę i ćwiczenia. Moja grupa ludzi była na wypadek nalotu lotniczego, a naszą bazą była strażnica. Na wypadek nalotu, słysząc alarm, mieliśmy wszyscy natychmiast stawić się w strażnicy. Długo nie trzeba było czekać; słyszę alarm, a ja, zamiast do strażnicy, biegnę do kopalni Matylda. Tam już siedziała grupa ludzi, więc usiadłem obok nich i w tym momencie, patrząc na wierzę wyciągową, przyszła mi myśl, że przecież tutaj jest bardzo niebezpiecznie. Wstałem więc i udałem się w stronę rafinerii, gdzie niedaleko znajdował się schron fabryczny. Przeszedłem koło niego tam i z powrotem, usiadłem na betonowych schodach, ale szybko wstałem, bo wyjący alarm nie dawał mi spokoju. Udałem się w stronę garaży, gdzie stał mocny żelazno-betonowy bunkier, z którego wyszedł zdesperowany komendant straży, wyciągnął rewolwer, odbezpieczył i krzyczy: Brać tę pompę i uciekać! Ktokolwiek usłyszał jego krzyk, zaczął biec i mniej więcej po kilku minutach ucieczki, zmęczeni, stanęliśmy pod wysokimi topolami. Z daleka słychać było ten sam alarm, a ja zamiast w strażnicy, stoję na polu ziemniaczanym. Za kilka minut z dala nadlatuje szybki samolot, robi trzy okrążenia w koło i wybiera drogę na północ w stronę Olkusza. Po krótkiej chwili wraca i wypuszcza coś, co wydaje czarny dym unoszący się w powietrzu. Teraz coraz bardziej potęguje się huk samolotów, a za chwilę wydaje się, że świat się kończy. Świst spadających bomb i powtarzający się huk wybuchów i detonacji sprawiał straszne przerażenie. Zdawało się, że ziemia się rusza i pęka. Po jakimś czasie wszystko się uspakaja, alarm cichnie, więc jedziemy w stronę palącej się rafinerii, po drodze przejeżdżamy koło naszego domu i widząc z dala mamę, proszę kierowcę o zatrzymanie się, słyszę z niedalekiej odległości moją krzyczącą mamę. Wychodzę z auta i podchodzę do chodzącej w kółko mamy, która krzyczy: Zabili mi Leszka! Staję przed nią i mówię: Mamo, przecież to ja, stoję przed Tobą! A mama nadal krzyczy. W domu ubrałem się w mundur strażacki i szedłem w stronę strażnicy, po drodze dowiedziałem się, że strażnica została zrównana z ziemią, a wszyscy z mojej grupy zabici. Komendant przydzielił mnie teraz do innej grupy, gdzie chłodziłem zbiornik z olejem gazowym, temperatura niesamowicie wysoka od palącego się zbiornika T 8 z benzyną, do którego wchodziło dużo wagonowych cystern z benzyną. Pracując przez kilka miesięcy w laboratorium, wiedziałem, że gdy tygiel zaczyna gotować, następuje samozapłon i wybuch. Natychmiast świecę ostrzegające czerwone światło i przybiega łącznik, któremu mówię: Biegnij i powiedz, żeby szybko zrobili coś z pompą motorową, bo inaczej wszyscy zginiemy. Nasz grupowy, zadzwonił do komendanta, tego, który chciał mnie zabić, że pompa motorowa stanęła. Komendant wydaje rozkaz: wszyscy mają się udać do domu robotniczego i zameldować, jak tylko pompa zacznie pracować. Na nasze miejsce dał drużynę z jedenastoma strażakami, którzy mieli czuwać nad bezpieczeństwem. Ale w krótkim czasie nastąpił wybuch, ukazał się wielki ogień i dym, a rano po tych jedenastu strażakach znaleźliśmy tylko metalowe siekierki. Przez następne dwa tygodnie nikt nie zdejmował ubrania i co cztery godziny obowiązywały zmiany grup zabezpieczających spokój i bezpieczeństwo w okolicy.
Dymy z płonącej rafinerii były podobno widoczne nawet w Częstochowie. Kiedy ognie zostały ugaszone, poszedłem zobaczyć narzędziownię, w której ostatnio pracowałem, a przy boku której znajdowało się dziesięć kabin do kąpieli. Podszedłem do łazienek i ku memu zdziwieniu zobaczyłem tylko jedną kabinę niezniszczoną, była nią kabina nr 7, właśnie ta, w której brat Maliszewski udzielił mi symbolu chrztu. Zadałem sobie znowu pytanie: Czy to jest następny przypadek? – Na pewno NIE! Był to już następny cud na mojej drodze do Prawdy.
- Mógłbym być zabity wraz z innymi ludźmi na kopalni Matylda.
- Mógłbym stracić życie wraz z moją drużyną w strażnicy.
- Mógłbym być zabity przez zdesperowanego komendanta.
- Mógłbym być wraz z całą drużyną spalony.
- Mógłbym również być zabity w schronie przyzakładowym, wraz z 47-ma ludźmi.
Na drodze do Prawdy doznałem wielu doświadczeń, ale zawsze wyrywał mnie z nich Pan. A słowa Psalmu 31:16: „W rękach twoich są czasy moje; wyrwijże mię z ręki nie przyjaciół moich, i od tych, którzy mię prześladują” są odzwierciedleniem mojej drogi za Panem. To nie moja zasługa, że jeszcze żyję, to mój Zbawiciel zawsze orędował i oręduje za mną, a wszystkim tym kierował mój ukochany Ojciec Niebieski, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie, teraz i na wieki wieków. Amen.
1 Sam. 7:12: „Tedy wziął Samuel kamień jeden i postawił go między Masfa a między Sen i nazwał imię jego Ebenezer, mówiąc: Aż póty pomagał nam Pan”.
Drodzy Bracia i Siostry!
Trzymajmy się razem i nie ulegajmy różnym pokusom i podszeptom. Pamiętajmy, dzięki komu zrozumieliśmy głębię Słowa Bożego. On właśnie jest tym skromnym sługą, którego Pan postawił nad czeladzią swoją. Miejmy szacunek dla jego pracy i wykładów Słowa Bożego. Jego dzieła, któremu poświęcił większą część swego życia, nikt z ludzi nie jest w stanie poprawić. Niech Pan ma Was wszystkich w swojej opiece.