Na Straży
nr 2000/3

Moja droga do Prawdy

PAN KIEROWAŁ MOIM ŻYCIEM…

Pragnę podzielić się z Braterstwem przeżyciami, jakie spotkały mnie w drodze do Prawdy. Urodziłam się w rodzinie katolickiej. Wkrótce jednak zrozumiałam, że moi domownicy tylko mienili się być katolikami, słowa bowiem nie zawsze szły w parze z czynami. Poprzez publikatory (radio, telewizję, prasę) i w środowisku, w którym żyłam, wiele słyszałam o owocach, jakie wydaje nominalne chrześcijaństwo. Czyny mówiły same za siebie i nie miały w sobie nic z nakazu danego przez Jezusa, zanotowanego w Ewangelii wg św. Mateusza 22:37-39, dotyczącego miłości wobec Boga i bliźniego.

Osoby nazywające siebie katolikami często w sposób ujemny wypowiadały się o swych duszpasterzach. Czułam, że jest w tym bardzo dużo nieprawidłowości i obłudy. Usilnie szukałam pokarmu duchowego. W Kościele katolickim go nie znalazłam, a to, co czytałam, nie zaspokoiło moich pragnień.

Zastanawiałam się, dlaczego wokół jest tyle zła i niegodziwości, dlaczego czasy, w których żyjemy, są coraz trudniejsze.

Pewnego dnia, idąc do pracy, spotkałam brata, który był Świadkiem. Rozmawialiśmy na temat ostatnich wiadomości telewizyjnych, które mówiły o doświadczeniach z bronią atomową. Zapytałam, czy oglądał ten program, i jednocześnie wypowiedziałam myśl, że takie doświadczenia mogą przecież doprowadzić do zagłady ludzkości i zniszczenia globu ziemskiego. Brat z całym przekonaniem odpowiedział mi, że Stwórca absolutnie do tego nie dopuści, bowiem słowa Psalmu 104:5 mówią: „Ugruntowałeś ziemię na słupach jej, tak że się nie poruszy na wieki wieczne” (BGd). Zachwyciła mnie pewność wypowiadanych przez niego słów. Dały mi one wiele otuchy i poczucia bezpieczeństwa.

Kilka lat później spotkałam braterstwo, którzy wyjaśnili mi, że zwyczaj obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia połączony jest z przypadającym na dzień 25 grudnia pogańskim świętem Słońca.

Modliłam się do Stwórcy, aby udzielił mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Zapragnęłam poznać Pismo Święte – wierząc, że na pewno w nim znajdę odpowiedzi na wiele interesujących mnie tematów.

Pewnego razu zapukały do mego mieszkania dwie młode dziewczęta. Zaproponowały mi studium biblijne. Były to siostry ze zgromadzenia Świadków. Przecież niczego tak nie pragnęłam! Bardzo się ucieszyłam, ale zaraz dodałam, że wiary na pewno nie zmienię. Tak rozpoczęły ze mną studium biblijne. Studiowałam pilnie, wszystko bardzo dokładnie sprawdzając w Słowie Bożym.

Pismo Święte stało się dla mnie wielkim autorytetem, zawierającym najwyższe mierniki wyznaczone nam, ludziom. Uwierzyłam mocno, że jest to drogocenny list kochającego Stwórcy, skierowany do Jego dzieci na ziemi, a pisany przez proroków i apostołów. Uwierzyłam słowom zanotowanym przez apostoła Pawła w 2 Liście do Tymoteusza: „Wszystko Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne ku nauce, ku strofowaniu, ku naprawie, ku ćwiczeniu, które jest w sprawiedliwości; aby człowiek Boży był doskonały, ku wszelkiej sprawie dobrej dostatecznie wyćwiczony” – 2 Tym. 3:16-17.

Pismo Święte wywierało na mnie ogromne wrażenie. Całym sercem i umysłem chłonęłam wiedzę biblijną. Doświadczenia Ijoba rozczuliły mnie do łez i mocno utkwiły mi w pamięci.

Podczas rozważań spostrzegłam, że nauka Kościoła powszechnego w wielu kwestiach nie jest zgodna z przekazem Pisma Świętego.

Naukami z Biblii dzieliłam się spontanicznie z całą moją rodziną, przyjaciółmi, a gdy zachodziła taka sposobność, również z sąsiadami. Słowo Boże nie u wszystkich znajdowało posłuch.

Wiedziałam, że Pan Jezus w Ewangelii Mateusza 10:34-35 zapowiedział podziały z powodu Prawdy.

Spoglądałam w przyszłość z ufnością, że przyjdzie taki czas, kiedy Pan otworzy uszy i oczy wszystkich na kosztowną Prawdę Bożą. Zapragnęłam oddawać cześć swojemu ukochanemu Stwórcy i Jego Synowi – tak jak On sobie tego życzy – w duchu i w prawdzie (Jan 4:23-24). Miłość do Stwórcy i Jego Syna pozwoliła mi pokonywać wszystkie trudności.

Pan Jezus powiedział: „Poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi…” – Jan 8:32. Mnie wyswobodziła z niebiblijnych nauk dotyczących uwielbienia Stwórcy, oddawania Mu czci niezgodnie z Jego wolą, jak również od kłamliwych teorii o czyśćcu, piekle, duszy nieśmiertelnej itd.

Z Jego Słowa mogłam dowiedzieć się tylu ważnych rzeczy o samym Stwórcy, Panu Jezusie, Jego misji, odkupieniu całej ludzkości, restytucji, wysokim powołaniu, zmartwychwstaniu, nadziei dla ludzkości pod panowaniem Chrystusa i Jego Kościoła, błogosławieństwach, które ogarną cały świat; o tym, że w Królestwie Chrystusowym nie będzie już łez, śmierci, smutku, krzyku ani mozołu (Obj. 21:1-4).

Szczególnie silne wrażenie wywarły na mnie słowa zanotowane w Przypowieściach Salomona 27:11: „Bądź mądrym, synu mój! a uweselaj serce moje, abym miał co odpowiedzieć temu, któryby mi urągał…”

Czyż ja miałabym opowiedzieć się po stronie Szatana – Diabła, za wszystko to, co uczynił dla mnie Stwórca?

Czas zsyłał także doświadczenia i próby. Dzięki Panu przyszłam do Zboru w Chrzanowie. Nabożeństwo podobało mi się pod względem atmosfery i głoszonych nauk. Zrozumiałam, że jest to droga, którą chcę iść – oddać się na służbę Panu.

Dnia 18 lipca 1999 roku na Konwencji Generalnej w Krakowie poświęciłam się Panu na służbę.

Szczęśliwa jestem, że Pan Bóg obficie mi pobłogosławił. Dał poznać swój plan zbawienia. Pozwolił zaciągnąć się do służby, do której apostoł Paweł wzywa w Liście do Rzymian 12:1: „Proszę was tedy, bracia, przez litości Boże, abyście stawiali ciała wasze ofiarą żywą, świętą, przyjemną Bogu, to jest rozumną służbę waszą…”.

Stając do służby dla Pana, opuściłam jednocześnie Wielki Babilon, stosując się do słów Pana Jezusa zanotowanych w Objawieniu św. Jana 18:4: „Wynijdźcie z niego, ludu mój! abyście nie byli uczestnikami grzechów jego, a iżbyście nie wzięli z plag jego”.

Na zakończenie mojej krótkiej opowieści o drodze, którą Bóg był łaskaw mnie prowadzić do Prawdy, pragnę wyznać wdzięczność Ojcu Niebieskiemu i Jego Synowi, Jezusowi Chrystusowi, za tak wielką łaskę, przez którą zechciał mnie przyjąć do Szkoły Chrystusowej.

Z perspektywy czasu widzę, jak Pan kierował moim życiem. Jestem Mu wdzięczna za te wszystkie lata prób i doświadczeń, dzięki którym przyprowadził mnie do Prawdy. Chociaż ofiarowałam się Bogu tak niedawno, wiem, że była to najważniejsza decyzja w moim życiu.

„Bóg jest ucieczką i siłą naszą, ratunkiem we wszelkim ucisku najpewniejszym. Przetoż się bać nie będziemy, choćby się przeniosły góry w pośród morza; choćby zaszumiały, a wzburzyły się wody jego i zatrzęsły się góry od nawałności jego. Sela” – Psalm 46:2-4.

Zwracam się do Was, Bracia i Siostry w Panu, o modlitwę, aby wiara moja coraz bardziej się wzmacniała i nigdy nie ustała, byśmy mogli wszyscy razem osiągnąć zwycięstwo w swoim poświęceniu.

Pozdrawiam wszystkich Braci i Siostry.
Wasza siostra w Chrystusie

R- ( r. str. )
„Straż” / str. 

Moja droga do Prawdy

Gdy wybuchła I wojna światowa, miałem 12 dni. Wkrótce ojca zabrano na wojnę. Nasz dom rodzinny znajdował się w wiosce Łężkowice nad Rabą, koło Bochni. Wojska austrowęgierskie przybyły do naszej wioski, wskutek czego wysiedlono mieszkańców z niektórych domów. Mama ze mną i starszą siostrą udała się do pobliskiej wioski Chełm, gdzie mieszkała rodzina taty. Po pewnym czasie wróciliśmy do domu, gdzie zastaliśmy zdrową babcię, która pozostała, by pilnować domu. Gdy zacząłem już trochę mówić, mama uczyła nas się modlić: „Boziu, daj, ażeby nasz tatuś powrócił z wojenki”.

W 1918 roku tato powrócił zdrowy i szczęśliwy. Cieszyliśmy się, że zastał nas przy życiu i zdrowiu. Nasze modlitwy zostały wysłuchane. Niedługo po powrocie z wojny, w 1919 roku tato otrzymał pracę w krakowskim MPK. Od tej pory pracował i mieszkał w Krakowie, lecz jeden dzień w tygodniu miał wolny i wtedy przyjeżdżał do nas z żywnością.

W latach 1922-23 zaprzyjaźnił się z Piotrem Żurkiem, wspólnie zapoznając się z Prawdą Słowa Bożego. Gdy tato utwierdził się w Prawdzie i poświęcił się. Rozpoczął głoszenie Ewangelii, gdziekolwiek nadarzała się tego sposobność. Co szósty wolny od pracy dzień, przyjeżdżał do domu, czytał Pismo Święte i tłumaczył mamie o zbliżającym się Królestwie Bożym. Wykazywał różne błędy kościoła katolickiego. Mama, jako gorliwa katoliczka, bardzo to przeżywała. Tato był katolikiem, lecz żył po światowemu. Z chwilą poznania Prawdy, a szczególnie od poświęcenia się Panu Bogu na służbę, zmienił swoje życie. Po każdym odjeździe taty do Krakowa mama bardzo rozmyślała i dzieliła się z nami swoimi uczuciami radości, które podnosiły ją na duchu, co i mnie się w dużej mierze udzielało. Wkrótce urządzono w Krakowie konwencję, na której mama została do głębi przekonana o prawdziwości Ewangelii, którą głosił Chrystus Pan i Jego apostołowie. Wróciła do domu bardzo uradowana i szczęśliwa.

Przeżywałem to wszystko. Był to początek mojej drogi do Prawdy. Tato nabrał jeszcze więcej energii i głosił Ewangelię tam, gdzie miał okazję. Niebawem doniesiono o tym księdzu, który wezwał tatę na plebanię. Dyskusja była ostra. Tato wykazał wiele błędów kościoła katolickiego, wymyślonych przez kler. Zdenerwowany ksiądz, z braku innych argumentów, oświadczył, że ogłosi tatę z ambony po nazwisku. Myślał, że tym uda mu się tatę zastraszyć, lecz tato powiada: – Proszę bardzo, będę miał sposobność więcej z ludźmi porozmawiać – powiedzieć im prawdę, bo oni nie wiedzą, jak są okłamywani. Ksiądz zrezygnował ze swego zamiaru.

Ten sam ksiądz gdy chodził „po kolędzie”, przyszedł i do nas. Mama była w domu z młodszymi dziećmi, a tato w pracy. Ksiądz chciał pokropić mieszkanie, lecz wody nie było… Podał do pocałowania krzyż, lecz mama odmówiła… Zapytał dlaczego. Mama odpowiedziała: – Pan Jezus jest w niebie żywy, jako istota duchowa, nie trzeba go nosić. Ksiądz położył krzyż na stole i rozpoczęła się dyskusja, która trwała dość długo. Ksiądz nie zdołał przekonać mamy. W pierwszą niedzielę po tym spotkaniu, z wielkim żalem i nienawiścią, ogłosił mamę z ambony, zabronił ludziom się z nią spotykać i rozmawiać.

Była to klątwa rzucona na osobę sprzeciwiającą się kościołowi. Taka osoba pozbawiona była wszelkich praw, skazana na banicję wraz z całą rodziną i mieniem – mogła być zamordowana przez kogokolwiek. Wiadomość o tym ogłoszeniu księdza rozeszła się błyskawicznie po okolicznych wioskach. Rozpoczęło się prześladowanie rodziców i nas, ich dzieci. Na każdym kroku słychać było miauczenie i różne brzydkie przezwiska, których nie godzi się przytaczać.

Od 12 roku życia interesowałem się Pismem Świętym. Wieczorami zasiadałem przy stole z ojcem, który czytał Pismo Święte. Zadawałem różne pytania odnośnie Królestwa Bożego: kiedy nastanie, jakie zmiany w życiu ludzkości wprowadzi? Ojciec odpowiedział: – Królestwo Boże nastanie już wkrótce, na co wskazują wypełniające się proroctwa. Przytoczył 24 rozdział Ewangelii Św. Mateusza, w którym Pan mówi o końcu Wieku Ewangelii – że będą wojny i wieści o wojnach, głody, mory i trzęsienia ziemi, a zgodnie z proroctwem Daniela, rozmnoży się umiejętność, czyli wszystko to, co obecnie się dzieje.

Ojciec mówił także, że w Królestwie Bożym ludzkość będzie żyć wiecznie, nie będzie śmierci ani chorób, cierpień ani boleści, będzie panować sprawiedliwość i wzajemna miłość, a cała ludzkość będzie słuchać Króla – Zbawiciela Świata, który będzie rządził tysiąc lat, aż ludzkość nauczy się Prawa Bożego i na jego podstawie otrzyma życie wieczne.

Po usłyszeniu tak ciekawej wiadomości postanowiłem w sercu, że gdy tylko dorosnę, to i ja pójdę tą drogą. Zawsze o tym myślałem, a dokonałem tego mając 17 lat.

Po ukończeniu szkoły podstawowej pożegnałem dom rodzinny i przybyłem do Krakowa, aby nauczyć się zawodu. Dzień 9 kwietnia 1929 roku był dla mnie bardzo znamienny, ponieważ po raz pierwszy moje nogi stanęły w Zborze krakowskim, znajdującym się wtedy przy ulicy Sołtyka l1 a, gdzie była głoszona Ewangelia Chrystusowa – Prawda Słowa Bożego i gdzie Pan spotykał się ze Swoim ludem. Od tej pory nie opuszczałem żadnego nabożeństwa ani konwencji, które były urządzane w Krakowie, Swoszowicach lub Jugowicach.

latach 1930-1933 zbór krakowski mieścił się przy ulicy Bonerowskiej 3. Oprócz osób starszych zbierała się tam także młodzież. Zebrania odbywały się w niedziele i święta, w godzinach 10-12 oraz od 15-16. Po zakończonym nabożeństwie popołudniowym pozostawała młodzież w liczbie ok. 15 osób, na naukę śpiewu. Nauczycielem był br. St. Krok. Posługiwaliśmy się śpiewnikami z nutami, sprowadzonymi od braci ze Stanów Zjednoczonych.

Uczestnictwo w nabożeństwach oraz udział w nauce śpiewu podnosiło nas młodych na duchu i zbliżało do Prawdy Bożej. W dniu 19 czerwca 1932 roku odbyła się jednodniowa Konwencja w Swoszowicach pod Krakowem. Zadowolenie jej uczestników świadczyło o dobrym nastroju duchowym. Odbył się też chrzest, który przyjęło 36 osób, wśród których znalazłem się również i ja. Był i jest to dla mnie:

„Szczęsny dzień, błogi dzień,
Gdy Jezus podał mi Swą dłoń,
Znikła noc, zniknął cień,
Nadziei błysła jasna toń.
Szczęsny dzień, błogi dzień,
Gdym przed mym Zbawcą schylił skroń.
Od tego dnia mym celem Pan
I w Pańskiej służbie wiernie trwam,
Bo Pan obiecał Boski stan,
Gdy w przyszłym dniu nagrodzi Sam”.
Pieśń nr 203

Postanowienie to uczyniłem w sercu mając 12 lat, a wypełniłem go z łaski Pana, gdy miałem lat 17.

Gdy wracaliśmy z konwencji, siostra Jaworska powiada: – Bracie Szczepanik, już jesteś nasz. – Tak, odpowiedziałem, jestem wasz, a wy moi – lecz wszyscy jesteśmy Pańscy. W następną niedzielę, po nabożeństwie zatrzymał mnie br. M. Szczurek i powiada: – Bracie Szczepanik, masz się przygotować do szkoły proroczej, która odbędzie się za trzy tygodnie, z udziałem kilku braci. Odpowiadam: bracie, Szczurek, nie. Lecz nie dopuścił mnie do słowa, musiałem zamilknąć i zgodzić się z propozycją. Nie miałem odpowiednich warunków w domu, ponieważ mieszkałem tylko kątem u braterstwa Żurków na Woli Duchackiej, lecz należało się przygotować. W najbliższą niedzielę po południu, zabrałem ze sobą Pismo Święte i poszedłem na Krzemionki, usiadłem na trawie i tam się przygotowywałem. Konkordancja była nieznana, nie posiadałem żadnych podręczników. Gdy tak siedziałem nad tematem, moi rówieśnicy grali w piłkę, słychać było krzyki, wrzaski i nawoływania, które jakby umyślnie chciały zagłuszyć spokój mojej duszy. Trzeba było zaprzeć samego siebie, zamknąć uszy na wszystko, co działo się opodal, a umysł i serce skierować do Słowa Bożego, gdyż mój cel był zupełnie inny.

W tym czasie okres kadencji trwał 3 miesiące. Wkrótce zostałem wybrany diakonem i w dalszym ciągu brałem udział w szkole proroczej.

W 18 roku życia po raz pierwszy wybrałem się w dalszą podróż na rowerze, wraz z braćmi ze Śląska – Pałką i Rufinem Nowakiem, oraz z J. Żubrem z Gilowic. Jechaliśmy na konwencję, która odbywała się 26, 27 i 28 sierpnia 1933 roku w Chmielku. Podróż trwała 4 dni. Wyruszyliśmy z Krakowa 22.08 rano i na wieczór przybyliśmy do Tarnowa. Zagościliśmy u braterstwa Litińskich, którzy przyjęli nas serdecznie. Wieczorem trzeciego dnia podróży byliśmy w Jarosławiu. Nie mając adresu do braterstwa, namówiony przez współtowarzyszy podróży, poszedłem na policję prosić o adres do Badaczy Pisma Świętego. Udaliśmy się pod wskazany adres, do brata Kica, którego żona była światową osobą. Przyznała się przed nami, jak wiele krzywdy uczyniła mężowi, by odwieść go od Prawdy, lecz to nic nie skutkowało. Opowiadała, jak pewnego dnia jej mąż ubrał się, by pójść na nabożeństwo, a ona oblała go wodą od stóp do głowy. Zdjął wtedy mokre ubranie, ubrał robocze i bez słowa poszedł na nabożeństwo. Żałowała, że tak postąpiła. Powiedziała nam, że Wójtowicz, który również jest badaczem, sprzedaje warzywa na rynku. Bardzo uradowani tą wiadomością pojechaliśmy rano na rynek, by się z nim zobaczyć. On również bardzo się ucieszył i ugościł nas, a następnie zabrał do Tuczęp do braterstwa Nawrotów, u których mieszkał i uprawiał warzywa. Z Tuczęp, przez Jarosław i Tarnogród, droga była piaszczysta i trudna do jazdy rowerem. Wdzięczni Panu, dotarliśmy szczęśliwie do celu. Zostaliśmy przywitani przez braci: A. Stahna, J. Gładyska, A. Fila i innych. Na uczcie było zgromadzone około 200 osób, na które Pan zlał swoje błogosławieństwo, z czego wszyscy byli uradowani, składając Panu swe podziękowanie.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do braterstwa Czubów w Woli Lubeckiej, gdzie zostaliśmy serdecznie przyjęci. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w kierunku Tarnowa. Brat J. Zuber zatrzymał się w Tarnowie, ja zaś w pojedynkę wyruszyłem w stronę Krakowa. Po drodze wstąpiłem do rodzinnego domu, do Łężkowic, gdzie zostałem serdecznie przywitany przez mamę i młodsze rodzeństwo. Przez dwa dni dzieliłem się z nimi wrażeniami oraz błogosławieństwami doznanymi na konwencji. Po 12 dniach podróży, znów znalazłem się wśród braterstwa w Krakowie, pełen zadowolenia i wdzięczności Panu za Jego kierownictwo i błogosławieństwo.

Druga Konwencja Generalna odbyła się w Krakowie 4, 5 i 6 listopada 1933 roku, przy ulicy Warszawskiej 17. Poznałem wtedy brata Józefa Bobaka z Zakopanego, który zaproponował mi pracę w Zakopanem, zapraszając mnie do siebie. Za zgodą taty, zaraz po konwencji, pojechałem wraz z bratem Bobakiem do Zakopanego. Wkrótce poznałem około 20 braci i sióstr, którzy przyjęli chrzest na konwencji w Nowym Targu, odbywającej się w dniach 4 i 5 czerwca 1933 roku. Większość osób w Zborze była w młodym wieku i młodzi w Prawdzie, dlatego mogliśmy się wzajemnie dobrze rozumieć. Była urządzana szkoła prorocza, w której brałem udział.

W czasie pięcioletniego mojego pobytu w Zakopanem, zbór pięciokrotnie zmieniał miejsce nabożeństw. W pewnym okresie zgromadzaliśmy się u siostry Bargiel, przy ulicy Kościeliskiej, nad potokiem. Gdy po skończonym nabożeństwie wyszliśmy przed dom, zauważyliśmy grupę około 20 osób, kobiet i mężczyzn, trzymających w rękach długie kije, aby nas nimi „przywitać”. Na nasz widok, grupa ta zaczęła nagle krzyczeć, obrzucono nas różnymi przezwiskami, np., „wy Cepry, tuście przyśli…”. Gdy zauważyli brata Leśniaka w stroju góralskim, wołali: – „Nie dziwota tym Ceprom, ale nasi ludzie tu przyśli?”. Tym widokiem zostali jakby rozbrojeni, a my przeszliśmy spokojnie obok nich.

W inną niedzielę, podczas nabożeństwa, pod okno naszej salki przyszedł pijany sąsiad. Zamierzał on potłuc szyby w oknach, lecz gospodarz, człowiek światowy, wysoki i bardzo silny, zauważył to w porę. Pochwycił go w swe potężne ręce, podprowadził do znajdującej się w pobliżu kałuży z błotem i kilkakrotnie go w nim zanurzył… Od tej pory mieliśmy spokój. Pan ma różne sposoby, aby ochronić Swych wiernych naśladowców.

Inne wydarzenie – w niedzielę, po nabożeństwie wraz z br. J. Kwiatkiem, zostałem zaproszony do braterstwa Kaszyków. Gdy wracaliśmy stamtąd pod wieczór, zauważyłem 5. młodych mężczyzn ukrytych w zaroślach. Jak się później okazało, czekali tam, aby nas pobić. Szybko przebiegli przez kładkę na drugą stronę potoku, zabiegając nam drogę. Widząc ich, skręciliśmy na inną drogę, przez górę. Gdy byliśmy już daleko na górze, widzieliśmy ich na dole, czekających na nas. Odczuliśmy wtedy kierownictwo Pańskie, że dał nam zrozumieć zamiary sług szatana i mogliśmy ujść z pułapki morderców.

Podczas pobytu w Zakopanem nabrałem wiele doświadczenia i umiejętności w życiu chrześcijańskim, i społecznym. Przeżyłem wraz z braterstwem wiele trudności i doświadczeń, lecz jeszcze więcej radości z poznania Prawdy Bożej w bratniej społeczności.

Nadszedł wreszcie czas mojego powrotu do Krakowa i w kwietniu 1938 roku zjawiłem się na sali zebrań, gdzie zostałem serdecznie przywitany przez braterstwo. Niebawem zostały przeprowadzone wybory. Na liście nominacyjnej, pośród braci starszych wpisano także moje nazwisko. Po przeprowadzonych wyborach bracia przekazali mi kasę zborową, którą prowadziłem aż do 31. 12. 1993 roku, ku zadowoleniu braterstwa (56 lat). Powierzono mi również harmonogram usługi braci starszych i diakonów. Pracę tę wykonywałem do roku 1988. Po śmierci brata Juliusza Dąbka w 1977 roku zostałem wybrany przewodniczącym Zboru i pełniłem tę funkcję do 1988 roku.

Na Konwencji Generalnej w 1984 roku zostałem wybrany skarbnikiem międzyzborowym. Pracę tę prowadziłem przez 7 lat, tzn. do 1991 roku. Na Konwencji Generalnej w 1978 roku wybrany zostałem pielgrzymem międzyzborowym i pozostałem nim do 1984 roku. W roku 1980 zostałem wydelegowany do usługi duchowej we Francji. Odwiedzając Zbory, zaprzyjaźniłem się z wieloma braćmi, a z niektórymi utrzymuję kontakt do obecnej chwili, co sprawia mi wielką radość.

Składam za to najserdeczniejsze podziękowanie Ojcu Niebieskiemu i Zbawicielowi – chwała, cześć i uwielbienie po wieki wieczne. Amen.

Brat w Panu Jan Szczepanik

R- ( r. str. )
„Straż” / str. 

Moja droga do Prawdy

Urodziłem się we wsi Oleszyce w powiecie Lubaczów w 1932 roku. Moimi rodzicami byli Michał i Maria Makarzec, a moje rodzeństwo to siostra Stefania (żona Franciszka Organka) oraz najmłodszy brat Eugeniusz. Ojciec mój był inwalidą wojennym. Do naszej wsi zawitała Prawda, gdy przyjechali bracia ze Stanów Zjednoczonych. Były odczyty ze Słowa Bożego. Wskazywano na błędne nauki Kościoła katolickiego. W przerwach był włączany magnetofon, co było nowością dla wielu. Starsze kobiety zaglądały, gdzie jest osoba, która mówi. Na odczyty przychodziła prawie cała wieś, wszystkim się podobało, ale bracia ze Stanów musieli odjechać. Wówczas usługiwali bracia miejscowi i wtedy wielu odeszło.

Ci, co zostali, zbierali się na czytaniu i badaniu Słowa Bożego. Często domy, w których odbywały się nabożeństwa, były podpalane nocą. Moi rodzice bardzo oszczędzali, by wybudować dom, w którym odbywałyby się nabożeństwa. I tak się stało. Zbór w Oleszycach był dość liczny. Usługiwali bracia: Grzegorz Koczaj, Dymitr Łucko, Jan Rokosz, Mikołaj Zaniewicz oraz Michał Osiowy. W naszej wiosce był jeszcze zbór Epifanii i Świtu. Byłem wówczas dorastającym chłopcem i zauważyłem, że pomiędzy braćmi nie było dobrego kontaktu. Nawet nie uczestniczono w pogrzebach kogoś z innego wyznania. A uczniowie o Panu Jezusie mówili, że „był prorokiem mocarnym w czynie i w słowie przed Bogiem i przed wszystkim ludem” (Łuk. 24:19). Nasz Pan w czasie głoszenia przyjmował wszystkich ludzi. Ewangelista Mateusz o naszym Panu pisał: „Trzciny nadłamanej nie dołamie, a lnu tlejącego nie zagasi” (Mat. 12:20). Pamiętam też, jak kiedyś brat Jan Gumiela wspominał, że miał usługę pogrzebową i przygotował słowa do publiczności, ale nikt z sąsiadów na pogrzeb nie przyszedł. Stwierdził, że zmarły nie potrafił zaprzyjaźnić się z sąsiadami. 

W naszym domu ojciec trzymał dyscyplinę. Nie mogliśmy wychodzić do kolegów, chyba że do dzieci braterstwa Mozolów. Czasem z siostrą nie mówiliśmy prawdy. Ojciec patrzył wtedy na buty, czy były mokre. Znaleźliśmy sposób, by buty były suche – najpierw wycieraliśmy je w popiele, a potem w słomie. Kara mijała nas też wtedy, kiedy po powrocie ojciec widział, że czytamy Nowy Testament. Z czasem też musieliśmy opowiadać, co przeczytaliśmy i wówczas się okazywało, czy czytamy, czy udajemy. Pamiętam lata dziecinne – były przepełnione strachem, chłodem, a nawet głodem. Często mama mówiła, że nie ma co ugotować.

Pomimo biedy bracia zbierali się i odbywały się nabożeństwa. Zbór w Oleszycach odwiedzało wielu braci, byli to między innymi: August Stahn, Jan Gumiela, Walenty Wojtkowski, Henryk Grudzień, Henryk Kamiński oraz Mikołaj Grudzień. W 1939 roku zbór w Oleszycach zorganizował konwencję u brata Mikołaja Zaniewicza. Zupa konwencyjna gotowana była przy płocie sąsiadów. Sąsiadki wykorzystały chwilę nieuwagi sióstr i wrzuciły do garnka bryłę gliny. Brat Zaniewicz był spokojnego usposobienia i powiedział tylko do sąsiadów: „Co wyście zrobili? Tylu ludzi będzie głodnych”. Drugiego dnia konwencji pojawiły się niemieckie samoloty. Zbombardowano dworzec i wszyscy opuścili konwencję.

Znaleźliśmy się pod okupacją niemiecką. Chodziliśmy do szkoły, ale w klasach było zimno. Władze nie dbały o szkoły. Jeden z rodziców, jadąc furmanką przez wieś, zbierał opał. Każdy coś dawał, chociaż sam nie miał za wiele. Żołnierze niemieccy przeszukiwali domy i zabierali żywność. Gdy wkroczyły wojska radzieckie, sytuacja się nie poprawiła. Ogłoszono, że nie wolno się zgromadzać. Bracia nie wiedzieli, co zrobić. Jeden z nich wziął Biblię i poszedł do komisarza, żeby pokazać, że czytane jest Pismo Święte. Wtedy komisarz pozwolił, ale powiedział, że nie wolno poruszać spraw politycznych.

Po wyzwoleniu wywożono ludność ukraińską na Ukrainę. W nocy, jak tylko odjechał transport, partyzanci UPA palili ich domy. We wsi była jedna, wielka łuna. Pewnej nocy podpalono dom mojego wujka – Dymitra Łucki, brata mojej mamy. Dom był kryty strzechą. Ciocia zobaczyła płomienie w oknach. Kiedy wyniesiono śpiące dzieci, dach się zawalił.

Pewnego razu, gdy wujek Dymitr szedł na konwencję, został napadnięty przez miejscowych bandytów. Pobili go kijami i licząc, że jest martwy, wrzucili go w kałużę. Tam się ocucił. W wyniku tego pobicia jedno oko miał nieodwracalnie chore, ale nie zgłosił tego do władz, bo wiedział, że to pogorszyłoby sytuację. Władze w tamtych czasach były za Kościołem katolickim.

Wiosną 1947 roku zostaliśmy zawiadomieni, że będziemy przesiedleni na Ziemie Odzyskane. Wtedy nikt tego nie wziął do serca. A na początku maja wojsko weszło do wsi i tym, którzy byli wcześniej powiadomieni, dali 2 godziny na spakowanie swego dobytku. W godzinach przedpołudniowych wyruszyliśmy w kierunku Bełżca, około 40 km, ponieważ w Oleszycach był szerszy tor. Moim zadaniem było popędzanie krów, które były zmęczone i nie chciały iść. Późnym wieczorem dotarliśmy na miejsce. Wagony ładowaliśmy aż do późnej nocy. Były to wagony towarowe, dlatego cały czas było ciemno i w dzień, i w nocy. Ja jechałem w wagonie razem z krowami. Byłoby lepiej, gdyby doczepiono wagon osobowy, ponieważ jechały osoby starsze i dzieci. Jechaliśmy w nieznane. Były krótkie przerwy, podczas których dawano nam nawet zupę. Razem z nami jechali żołnierze. Był strach, zmęczenie, niepewność. Trudno to opisać. Wszystko to odbywało się w ramach akcji „Wisła”. Podróż trwała tydzień. Wyładowano nas w Giżycku. Do Wydmin było 25 kilometrów. Szliśmy razem z wycieńczonymi krowami. Mijaliśmy cztery miejscowości, a ludzie patrzyli na nas nieufnie. Nikt nie zapytał, czy czegoś potrzebujemy. Dom, który nam przydzielono, znajdował się na wyspie Jeziora Wydmińskiego. Część wyspy zasadzona była młodymi drzewkami. Przez środek przebiegał rów strzelecki, a w nim znajdowały się sprzęty wojskowe, pozostałości po wojnie. To potęgowało strach. Po Oleszycach zostały tylko wspomnienia. Tam został prawie cały nasz dorobek. Życie toczyło się dalej. Posadziliśmy ziemniaki i trochę zboża. Dostaliśmy zapomogę w postaci żywności. Pan Bóg miał nas w swojej opiece i błogosławił nam. Przypadkowo spotkaliśmy brata Koczaja, który mieszkał też na tej wyspie. Później spotkaliśmy brata Łucko i Zaniewicza. I tak postanowiliśmy rozpocząć nabożeństwa niedzielne. W 1950 roku moja kochana mama zachorowała i zmarła. Został się mały braciszek, który miał półtora roku. W czasie pogrzebu wołał: „Mamo”. W 1951 roku władze wydmińskie zapowiedziały nam, że musimy opuścić wyspę, ponieważ chcą tam stworzyć teren rekreacyjny. Zaproponowali kilka innych domów. Ojciec wybrał miejsce, w którym mieszkamy do dziś. Był to budynek, w którym oprócz nas mieszkała inna rodzina. Do sąsiadów przyjechała dziewczyna i tam zamieszkała. Później została moją żoną. 

Rodzina żony to ludzie religijni, wyznania katolickiego. Dla nich było to coś niezwykłego, że córka/siostra minęła się z ceremoniami religijnymi uznawanymi w ich kościele. Jednak po czasie obdarzyli mnie dużym zaufaniem, mówili: „Wujek z Wydmin to autorytet”.

Brak pieniędzy był powodem trudności życiowych. Zawodowo pracowałem tylko ja,
a żona zajmowała się domem. Urodziła nam się dwójka dzieci: Krzysiek i Ruta. Nasz zbór był mały, liczył 5-6 osób. Brat Koczaj służył wykładami. Postanowiłem poświęcić się Panu na służbę, dlatego w 1967 roku przyjąłem chrzest na konwencji w Rudzie. Po pewnym czasie żona także postanowiła przyjąć symbol i uczyniła to podczas konwencji w Białogardzie. Dzieci dorastały, były w szkołach średnich. Modliłem się, żeby one także odnalazły drogę do Pana. Przyszedł czas, żeby poszły na studia. Chciałem, żeby były blisko domu i braci. Najpierw Krzysiek, a potem Ruta wybrali uczelnię w Białymstoku.

Tak się złożyło, że odwiedził nas z usługą brat Jarek Purwin. Po zakończonym nabożeństwie, odprowadzając go na dworzec, poprosiłem, aby zaopiekował się naszymi dziećmi. Tak się stało. Brali udział w nabożeństwach i jeździli co miesiąc razem z białostocką młodzieżą do Warszawy na spotkania młodzieżowe. Jestem wdzięczny braciom ze zboru białostockiego, że przybliżyli ich bardziej do Słowa Bożego. 

Po skończeniu studiów Krzysiek powrócił do domu. Zaczęliśmy rozbudowywać dom. W tym czasie Krzysiek został wybrany na diakona, ożenił się z Anią Czajką i zamieszkali w naszym domu. Razem z nami zamieszkała też po śmierci swojego męża mama Ani. Ruta po zakończonych studiach też wróciła do domu. Poznała się z Rysiem Samułą i zawarli związek małżeński. 

Brat Koczaj poinformował nasz zbór, że będzie musiał nas niestety opuścić, ze względu na stan zdrowia żony, która czuła się słabo. Planowali wyjazd do córki Marysi Szumskiej do Lubaczowa. Zaproponował, żebym został przewodniczącym zboru. Martwiłem się, nie czułem się odpowiednim. Wiedziałem, że jeśli się nie zgodzę, to zbór w Wydminach może się nie utrzymać. Przyjąłem więc propozycję brata Koczaja, licząc na to, że Krzysiek wkrótce obejmie tę funkcję, a ja będę pomocnikiem. Tak też się stało. Dodatkowo, po pewnym czasie także Rysiek został bratem starszym.

Zbór, mimo że był mało liczny, gościł wielu braci i organizował kursy. Pierwszy odbył się w Kruklankach, w odległość ok. 20 km od Wydmin, u brata Stefana Kuńca. Kierownikiem był Adam Kozak, a wykładowcą Łukasz Szatyński. Udział w nim wzięło około 80 kursantów. Potem były kursy w Spytkowie, Gawlikach Wielkich, Wydminach i Rynie. Do dzisiaj zbór pomaga w organizacji kursów biblijnych.  

Zawodowo przez wiele lat pracowałem w tartaku. Zajmowałem się naprawą maszyn. Pewnego dnia zaproponowano mi, abym został kierownikiem i objął dział mechaniczny. Trochę się bałem, bo to bardzo odpowiedzialna funkcja, ale kusiły wyższe płace, które przydałyby się przy rozbudowie domu. Przyjąłem propozycję. Powierzoną mi pracę wykonywałem sumiennie, dlatego zakład znalazł się w czołówce wśród innych zrzeszonych w przedsiębiorstwie. Ale jak to się mówi: wszystko, co dobre, szybko się kończy. Dyrektor tartaku zachorował i wkrótce umarł. Nastał inny. W tym czasie pojawił się nowy pracownik, z którym miałem problemy. Notorycznie spóźniał się do pracy. Zwracałem mu uwagę, ale to nie przynosiło efektów, dlatego zmuszony byłem napisać do dyrektora meldunek. Upomnienie dyrektora także nie poskutkowało. Pewnego dnia spóźnił się ponad godzinę. Zmuszony byłem napisać kolejny meldunek. Tu zaczęła się moja niedola. Ów pracownik był donosicielem dyrektora. Doniósł, że jestem innego wyznania. Zostałem wezwany do dyrektora. Zobaczyłem innego człowieka, agresywnego. Trzymając mój meldunek w ręku, krzyczał: „Pan się nie nadaje na kierownika. Pracownika trzeba wychowywać, a nie tylko karać”. Od tej pory zmienił się w stosunku do mnie i ciągle mnie atakował. Często powtarzał, że musimy się pożegnać. Tak mnie gnębił psychicznie, że znalazłem się u psychologa. Psycholog zadawała mi różne pytania. Gdy zapytała, czy mnie ktoś znieważa, powiedziałem tylko „tak” i łzy popłynęły aż na kolana. Dostałem leki, które nic nie pomagały. Jak widziałem dyrektora, to nogi uginały się pode mną. W nocy mało spałem. Trwało to dosyć długo. Pewnego dnia zadzwonił naczelny dyrektor Przedsiębiorstwa z Białegostoku i poinformował, że następnego dnia odbędzie się spotkanie kierowników wszystkich działów. Nikt nie wiedział, o co chodzi. Zebraliśmy się w świetlicy z naczelnym dyrektorem przedsiębiorstwa. Dyrektor pytał wszystkich kierowników, dlaczego jest taka zła relacja pomiędzy dyrektorem wydmińskim a mną. Wszyscy mówili, że pan Makarzec jest innego wyznania. Nie wypierałem się. Przyznałem, że jestem innego wyznania, które mnie uczy, aby być w pracy wydajnym, uczciwym i łzy stanęły mi w oczach. Po tym dyrektor naczelny wstał, wszystkim podziękował za udział, a sam udał się do dyrektora zakładu. Słychać było głośną rozmowę. Nikt z nas nie wiedział, czego się spodziewać. Za jakiś czas okazało się, że naczelny dyrektor zarządził natychmiastowe przeniesienie dyrektora zakładu do innej miejscowości, znajdującej się 20 kilometrów od Wydmin, a tamtego dyrektora do naszego zakładu. Ta wiadomość nie docierała do mnie aż do następnego dnia, gdy zobaczyłem odjeżdżającego dyrektora. Wszystko wróciło do normy. W zakładzie tym przepracowałem 40 lat. Sytuacje, które opisuję, wydarzyły się około 30 lat temu. 

Obecnie mam 87 lat i jestem na emeryturze. Doczekałem się trzech wnuków: Daniela, Łukasza i Mateusza oraz wnuczki Marty, a także prawnuczek: Anastazji i Antoniny. W tej chwili jestem już w starszym wieku, dlatego moja pomoc w zborze jest znikoma. Rozpoczynam nabożeństwo i zakańczam, czasem usłużę wykładem. Dziękuję Panu Bogu, że mimo różnych trudności życiowych błogosławił mi, mojej rodzinie oraz naszemu zborowi. Śmiało mogę stwierdzić, tak jak Samuel, że „aż dotąd pomagał nam Bóg” (1 Sam. 7:12). 

R- ( r. str. )
„Straż” / str. 

Moja droga do Prawdy

Chciałem naprawiać świat….

Urodziłem się i wychowałem w rodzinie katolickiej. Było nas sześcioro rodzeństwa: trzech braci i trzy siostry. Byłem najstarszy. Tata od najmłodszych lat dbał o moje wychowanie w wierze katolickiej. Chociaż nie byłem posłusznym dzieckiem, na lekcje religii uczęszczałem regularnie. Przed przystąpieniem do komunii bardzo szybko nauczyłem się kilku zestawów przykazań kościelnych, za co, jako jedyny w klasie otrzymałem od siostry uczącej mnie religii piękny obrazek. Do dziś pamiętam, jak cieszyłem się z tego wyróżnienia, jedyny w klasie umiałem tyle „przykazań”. Pamiętam, jak z wielkim entuzjazmem chciałem spełniać „dobre uczynki”. Tata był surowym rodzicem, a przez to, może nieświadomie, uczył mnie krytycznego spojrzenia na świat.

Jako dorastający chłopiec rozumiałem, co działo się wokół mnie. Widziałem, jak żyją sąsiedzi, (również katolicy), jak żyje ksiądz, jak żyje moja rodzina… Zamknąłem się w sobie. Obrazek stracił swoje znaczenie i przestał mi wystarczać. Zrozumiałem, że ceremonie kościelne nie uszczęśliwiają ani moich rodziców, ani mnie samego i przestałem chodzić do kościoła. Miałem wtedy „naście” lat. Tata zdecydował za mnie, że będę zawodowym żołnierzem. W tym celu pojechałem na egzaminy wstępne do Liceum Wojskowego w Lublinie. Kiedy wracałem do domu, cieszyłem się, że nie zdałem, rozumiałem jednak, że zawiodłem Ojca – ale nigdy nie czułem sympatii do armii i temu podobnych instytucji. Wtedy to zainteresowałem się ideą pewnej subkultury młodzieżowej. Tam odnalazłem ideały, które odpowiadały temu, co wówczas czułem. Chciałem naprawiać świat, walczyć z przemocą, ustrojami totalitarnymi i rządem. Generalnie, wszelka zwierzchność źle mi się kojarzyła. Górnolotne ideały, dające poczucie wyższych wartości, spełniały rolę czegoś w rodzaju odgromnika, uziemienia dla mojej wrażliwej i mocno zbuntowanej natury. Wielu młodych było wtedy sfrustrowanych rzeczywistością. Byłem jednym z nich. Mocno zaangażowałem się w ten ruch. Wspólnie z moim bratem Krzyśkiem i kilkoma przyjaciółmi stworzyliśmy grupę muzyczną. Mieliśmy nasze ideały, naszą muzykę, naszą walkę… i nasz Jarocin. W parze z tymi rzeczami szły także i zagrożenia – papierosy, alkohol, złe towarzystwo (nierzadko pod wpływem narkotyków). Niektórzy z tych ludzi do dziś leczą się na „odwyku”. Dlatego właśnie przyszły kolejne rozczarowania w moim życiu. Powoli zdałem sobie sprawę z tego, że choćby najdoskonalsze ideały i najwznioślejsze cele zawodzą, gdy ludzie są niedoskonali. W tym czasie nasza grupa muzyczna rozpadła się, ideały traciły swoją wartość, prawie wszyscy przyjaciele i znajomi, także mocno zaangażowani widząc, co dzieje się ze mną, zostawili mnie samego.

Wtedy nastąpił zwrot.

Pewnego wieczoru, gdy nachodziły mnie najgorsze myśli, przypomniałem sobie o Bogu. Uklęknąłem i zacząłem się modlić. Była to najkrótsza modlitwa w moim życiu, lecz zawsze pragnę posiadać taki stan serca, jak wtedy. Powiedziałem wówczas:

„Boże, pomóż mi, bo ja sam nie potrafię sobie pomóc.”

Cały czas czekałem na odpowiedź, nie zdając sobie sprawy, skąd ma ona nadejść i w jakiej formie. Upłynęło jeszcze trochę czasu, zanim Bóg mi odpowiedział. Po paru dniach wróciła mi ochota do życia, wstąpił we mnie jakiś promyk nadziei i czułem się jakoś dziwnie bezpieczny. Biblia ciągle jeszcze kojarzyła mi się z kościołem katolickim i dlatego nie mogłem się przełamać, aby zacząć ją czytać. Boga zaś czułem w sercu i to mi wystarczało. Nie tak łatwo jednak przyszło mi zrezygnować ze starych ideałów. Znów zacząłem się angażować w grupie muzycznej i w podziemnej prasie, trudno mi było zrezygnować z czegoś, w co jednak mocno wierzyłem, nie mając nic w zamian na to miejsce.

Po skończeniu szkoły zawodowej zmuszony byłem szukać pracy, lecz nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Wówczas zwróciłem się do brata Bogdana Lisza z prośbą o zatrudnienie mnie do jakichś prostych prac sezonowych. Bogdan interesował się wtedy Świadkami Jehowy i cały czas przy pracy rozmawialiśmy o Biblii. Bałem się jednak utracić niezależność i zainteresować się bliżej tymi sprawami. Byłem na kilku spotkaniach, ale nie pociągało mnie to, co tam było mówione. Po jakimś czasie Bogdan nawiązał kontakt z br. Tomkiem Niemcem i kilkoma pozostałymi braćmi ze zboru w Oleszycach, m.in., z br. Frankiem Olejarzem, Leszkiem Zawitkowskim i Ryśkiem Brysiem. Ja również ich poznałem. Po kilku rozmowach zrozumiałem, że Pan Bóg odpowiada na moją modlitwę. Definitywnie zerwałem z ruchem, z zespołem, ze znajomymi, z tym wszystkim, co w świetle prawdy okazało się złudzeniem i co uzależniało mnie w swoich ideałach i formach. Zrozumiałem wreszcie poselstwo Ewangelii i po kilkunastu miesiącach przyjąłem chrzest; było to 17 grudnia 1995 roku w Biłgoraju.

Z perspektywy czasu widzę, jak Pan kierował moim życiem tak, bym doświadczył wielu złych rzeczy i przekonał się o nich na własnej skórze. Bóg czuwał jednak, bym nie poszedł za daleko własną drogą. Wiem, że to On otworzył mi oczy zrozumienia i dokonał przemiany w moim sercu na tyle, bym zaczął czytać Biblię. Jestem wdzięczny Panu za te wszystkie lata, kiedy uczył mnie o życiu i ludziach, dzięki czemu przyprowadził mnie do Prawdy. Chociaż ofiarowałem się w młodym wieku, mając zaledwie dwadzieścia lat, wiedziałem jednak, że była to najważniejsza decyzja w moim życiu. Możliwość społeczności z Bogiem to dla mnie największe szczęście. Wiem, że cokolwiek mnie spotka w życiu, to On zawsze będzie ze mną, gdy ja będę Mu wierny… „Bo wyrwał duszę moją od śmierci, oczy moje od płaczu, nogę moją od upadku.” – Psalm 116:8 (BGd).

R- ( r. str. )
„Straż” / str.